Dziś mówi się
Kategorie

Dziś mówi się

Dziś mówi się po polsku. Ta przeszłość mnie irytuje. Wędzimy się w dymie przeszłości. Chcę napisać porządny tom wierszy, a nie ekshumować Prusów. Mu­simy się wreszcie związać z tą ziemią. Kiedy widzi pan, dla nas Polaków morze to histo­ryczna fatalność. Kto się zatrzyma na brzegu, zamyśla się. Widzi pan, Żeromski... Czy nie dobrze zajrzeć do historii? Królewiec to nie na cześć łżepruskich Hohen­zollernów, ale na cześć króla czeskiego Przemyśla II Ottokara. Dopiero w 1701 roku elektor brandenburski mianuje się królem. Tanie państwo i moralnie niechluj­ne. Dorobkiewicze. A jak potem tyją! A ja nie chcę nic o prusactwie. Najadłem się tego w Stutthofie. Mam dosyć. Ja chcę czystego morza, ry­baków, sandacza w majonezie, wesołej plaży, barkasów na pełnych żaglach. Dobre jest zimne piwo, zakopane w morskim piasku, opalone dziewczęta, upał i falujące morze. Cieszę się, że rybak rzucający fladry na stertę to właściwie nie rybak, ale murarz z Łodzi. Że drugi — to chłop spod Przasnysza, który nigdy przedtem nie widział morza. Cieszę się, że brzeg obrasta ludźmi, że robi się gwarno w tych stronach, że nowi rybacy nic nie wiedzą o starych Prusach, a Krzyżaków znają jako eksponaty z wycieczki do Malborka. Ale za to jak od­ważnie atakują morze, jakie rekordy w połowach! Ach, żeby profesor był przy wyciągu, gdy łodzie idą z mo­rza. Jeden powiada, że dlatego przyjechał nad morze, że rodzina bardzo lubi śledzie. Inny ze Lwowa dlate­go, że naczytał się książek Conrada i nabrał wielkiej ochoty. Teraz trzymają się mierzei pazurami. W pro­dukcji wyprzedzili Kaszubów. Mam zapisane cyfry. By­łem w spółdzielni w Tolkmicku. — A czy pan wie, co to Tolkmicko? — Port nad zalewem i spółdzielnia rybacka. W go­spodzie golonka z chrzanem i piwo „Krzepkie\" z gdań­skiego browaru. Profesor się uniósł, aż wstał z łóżka i wyciągnął chu­de ręce. — Niech pan świętości nie szarga. Tolkmicko. Wolę ciszę wieków. Oddech tysiącletniego dębu w Kadynach. Długa postać zgięła się nad stołem zarzuconym książ­kami i papierami. — Widzi pan? „Słownik elbląski\". Podsunął go pod nos siedzącemu przy drugim stole poecie Grzymkowi. Stół poety dla kontrastu pokrywa­ły zeschłe wodorosty, otoczaki fantastycznej barwy, leśne kwiaty w szklankach i nie dojedzone jabłka. Mło­dy, czarniawy człowiek wziął pakiecik. — Luźne kartki. Chyba fotokopia? Rozumie się — mężczyzna w lekkiej, pasiastej piżamie pochylił się nad siedzącym. Co za pokraczne litery. Jak jakieś bakterie przez mikroskop. I to ma być pruskie pismo? „Słownik elbląski\", wchodzący w skład rękopisów z XIV wieku, znalezionych i przechowanych przez Abrahama Griib-nau, znajduje się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu. Jest to fotokopia oryginału. Widnieje na nim pieczątka Uniwersy­tetu Królewieckiego. — O, analfabeto. — Takim

Poprzedni - Mąka idzie z
Następny - Już zostanę przez

Strony pokrewne